29.07.2010
Unia kłóci się o dyplomację
- Ryzykujemy, że nową unijną służbę dyplomatyczną całkowicie zdominują Brytyjczycy, Francuzi i inni dyplomaci ze starej Europy - ostrzegają nowe państwa Unii
Brytyjka Catherine Ashton, szefowa unijnej dyplomacji, przekonywała wczoraj ministrów spraw zagranicznych państw unijnych do projektu nowego korpusu dyplomatycznego UE, który ma powstać na podstawie traktatu lizbońskiego. - Ta sprawa wywołuje tyle konfliktów, że nie wiadomo, czy ta służba ruszy przed wakacjami - mówi brukselski urzędnik.
Choć do projektu Ashton wpisano ogólnikową zasadę równowagi geograficznej, to ostry spór idzie m.in. o zachowanie właściwej proporcji między liczbą pracowników korpusu dyplomatycznego z poszczególnych krajów UE.
Polacy, Czesi czy też Węgrzy chcieliby ustalonych limitów zatrudnienia dla swych ludzi. A współpracownicy Ashton mówią, że podstawą wyboru na np. ambasadora UE powinny być wyłącznie kompetencje. - Jeśli nowe kraje członkowskie wysuną świetnych kandydatów, to obejmą oni najlepsze posady - zapewniają.
Zagrożenie marginalizacją nowych państw jest tym większe, że unijna dyplomacja początkowo będzie zdominowana przez pracowników Komisji Europejskiej i Rady UE. A tam jest dziś niewielu wysoko postawionych Polaków mogących ubiegać się o najbardziej wpływowe stanowiska. Dyplomaci z krajowych MSZ-ów będą rekrutowani w dalszej kolejności, gdy najlepsze posady mogą być już zajęte.
- Jeśli nie zadbamy teraz o właściwą reprezentację, będziemy odrabiać te straty przez 20 lat. I nie idzie tu o walkę o stołki. Tylko odpowiednia reprezentacja nowych krajów w unijnej dyplomacji zapewni jej dobrą wrażliwość np. na wydarzenia w Europie Wschodniej - mówi polski europoseł Jacek Saryusz-Wolski.
Największą szansą dla nowych krajów jest teraz Parlament Europejski, który ma wpływ na tworzenie dyplomacji, bo m.in. zatwierdza jej budżet. Wielu europosłów, także ze starych państw, domaga się gwarancji należytego udziału dyplomatów z wszystkich krajów oraz prawa do parlamentarnych przesłuchań przyszłych ambasadorów.
- O Bałtach mówi się, że są zbyt proamerykańscy. O Bułgarach, że zbyt przyjaźni Rosji. O Polakach, że się rozpychają, choć mają już Buzka na wysokim urzędzie. Jednak wypadałoby wyjść poza te opinie i porównać kompetencje przyszłych ambasadorów podczas publicznych przesłuchań w komisji spraw zagranicznych - mówi włoski europoseł.
Boją się nie tylko nowe kraje. Dziennik "The Guardian" ujawnił dokument niemieckiego MSZ, w którym mówi się o groźbie zdominowania dyplomacji UE przez Londyn, bo wśród głównych doradców Ashton zdecydowaną większość stanowią Brytyjczycy. Z kolei ku oburzeniu Francuzów Ashton wciąż doucza się w sprawie stosunków międzynarodowych przy pomocy urzędników brytyjskiego MSZ.
Wyjątkowo ostra krytyka Ashton ze strony Paryża może jednak wkrótce zelżeć, bo wpływowy urząd sekretarza generalnego w nowej dyplomacji przypadnie najpewniej Francuzowi.
Brytyjka Catherine Ashton, szefowa unijnej dyplomacji, przekonywała wczoraj ministrów spraw zagranicznych państw unijnych do projektu nowego korpusu dyplomatycznego UE, który ma powstać na podstawie traktatu lizbońskiego. - Ta sprawa wywołuje tyle konfliktów, że nie wiadomo, czy ta służba ruszy przed wakacjami - mówi brukselski urzędnik.
Choć do projektu Ashton wpisano ogólnikową zasadę równowagi geograficznej, to ostry spór idzie m.in. o zachowanie właściwej proporcji między liczbą pracowników korpusu dyplomatycznego z poszczególnych krajów UE.
Polacy, Czesi czy też Węgrzy chcieliby ustalonych limitów zatrudnienia dla swych ludzi. A współpracownicy Ashton mówią, że podstawą wyboru na np. ambasadora UE powinny być wyłącznie kompetencje. - Jeśli nowe kraje członkowskie wysuną świetnych kandydatów, to obejmą oni najlepsze posady - zapewniają.
Zagrożenie marginalizacją nowych państw jest tym większe, że unijna dyplomacja początkowo będzie zdominowana przez pracowników Komisji Europejskiej i Rady UE. A tam jest dziś niewielu wysoko postawionych Polaków mogących ubiegać się o najbardziej wpływowe stanowiska. Dyplomaci z krajowych MSZ-ów będą rekrutowani w dalszej kolejności, gdy najlepsze posady mogą być już zajęte.
- Jeśli nie zadbamy teraz o właściwą reprezentację, będziemy odrabiać te straty przez 20 lat. I nie idzie tu o walkę o stołki. Tylko odpowiednia reprezentacja nowych krajów w unijnej dyplomacji zapewni jej dobrą wrażliwość np. na wydarzenia w Europie Wschodniej - mówi polski europoseł Jacek Saryusz-Wolski.
Największą szansą dla nowych krajów jest teraz Parlament Europejski, który ma wpływ na tworzenie dyplomacji, bo m.in. zatwierdza jej budżet. Wielu europosłów, także ze starych państw, domaga się gwarancji należytego udziału dyplomatów z wszystkich krajów oraz prawa do parlamentarnych przesłuchań przyszłych ambasadorów.
- O Bałtach mówi się, że są zbyt proamerykańscy. O Bułgarach, że zbyt przyjaźni Rosji. O Polakach, że się rozpychają, choć mają już Buzka na wysokim urzędzie. Jednak wypadałoby wyjść poza te opinie i porównać kompetencje przyszłych ambasadorów podczas publicznych przesłuchań w komisji spraw zagranicznych - mówi włoski europoseł.
Boją się nie tylko nowe kraje. Dziennik "The Guardian" ujawnił dokument niemieckiego MSZ, w którym mówi się o groźbie zdominowania dyplomacji UE przez Londyn, bo wśród głównych doradców Ashton zdecydowaną większość stanowią Brytyjczycy. Z kolei ku oburzeniu Francuzów Ashton wciąż doucza się w sprawie stosunków międzynarodowych przy pomocy urzędników brytyjskiego MSZ.
Wyjątkowo ostra krytyka Ashton ze strony Paryża może jednak wkrótce zelżeć, bo wpływowy urząd sekretarza generalnego w nowej dyplomacji przypadnie najpewniej Francuzowi.
Komentarze:
Nie ma żadnych komentarzy.










